Październik 2018

Średniowieczne „wieki ciemne”. Czy aby na pewno?

Kobieta w czasach katedr

Co wiecie o średniowieczu w Europie? Moje pojęcie o średniowieczu kształtowały w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku lekcje historii w liceum, prowadzone przez nauczycielkę zawsze odnosząca się do średniowiecznych scholastyków liczących, ile aniołów może zmieścić się na łebku od szpilki. Ciemnota, zabobon, brud i smród oraz powszechny upadek każdej dziedziny działalności ludzkiej. Taki nam przekazywano obraz. I taki obraz średniowiecza do dzisiaj jest obowiązujący w powszechnej świadomości. Jak ktoś chce kogoś obrazić, to mówi mu, że reprezentuje poglądy rodem z „ciemnogrodu średniowiecza”.

Argument o propagowaniu „średniowiecznych poglądów” na rolę kobiety często wykorzystują feministki. Czy mają rację? Odpowiedź na to pytanie można znaleźć w książce francuskiej autorki Regine Pernoud „Kobieta w czasach katedr” wydanej w 1990 roku przez Państwowy Instytut Wydawniczy.

Autorka chcąc prześledzić miejsce kobiety w społeczeństwie zaczyna od starożytności. W starożytnej Grecji czy w Cesarstwie Rzymskim kobiety nie miały żadnych praw. Ich pozycja była w zasadzie równa , a często gorsza, z pozycją niewolników. To, co widzimy w filmach określanych jako historyczne to wymysły scenarzystów skutecznie fałszujących prawdziwy obraz. Momentem przełomowym dla roli kobiety było rozpowszechnienie Ewangelii. Nie przypadkiem kobiety były w pierwszych wiekach chrześcijaństwa tak ważnymi postaciami. Chrześcijaństwo, dzisiaj główny wróg lewicowych feministek, dało prawdziwe wyzwolenie kobietom. W ślad za tym wyzwoleniem Pernaud przeprowadza czytelnika przez historię obejmowania przez kobiety coraz większej ilości ról społecznych. A także wzrostu znaczenia społecznego kobiet we wszystkich obszarach życia. W „średniowiecznym ciemnogrodzie” w wielu miejscach Europy do szkół uczęszczało co drugi dziecko, chłopcy i dziewczynki. Dziewczynki zniknęły ze szkół wraz ze „wspaniałym” Renesansem.

W średniowieczu kobiety aktywnie uczestniczą w życiu gospodarczym, a mąż bez zgody żony nie mógł dysponować swobodnie majątkiem. Kobiety najczęściej korzystały z takich samych praw własności jak mężczyźni. Jest rzeczywista równość pomiędzy kobietami a mężczyznami w sferze zarządzania majątkiem i często kobiety składają lub odbierają hołdy lenne. Aktywność w gospodarce kobiet obrazuje dobrze fakt, że wykonywały samodzielnie około 150 zawodów, często nawet dzisiaj uważanych za męskie. Ciekawostką jest, że we Francji w XIII wieku było w użyciu słowo określające lekarza-kobietę, a brak go było w XX wieku!

Oddzielnym tematem jest władza polityczna kobiet. Wszyscy znamy z historii carycę Katarzynę czy Marię Teresą austriacką z XVIII wieku. Ale były to wyjątki potwierdzające regułę męskiego władania królestwami. Tymczasem w średniowieczu rządy kobiet nie były wyjątkiem, a wręcz regułą. Nie było w tym nic dziwnego i Pernaud przytacza cały szereg przykładów.
Także w Kościele kobiety odgrywały niepoślednią rolę. Przykładów jest mnóstwo, ale warto przywołać chociażby doktor Kościoła św. Hildegardę z Bingen czy św. Katarzynę ze Sieny. Ta druga w czasach zamętu w Kościele wskazuje właściwą drogę i koresponduje z wielkimi ówczesnego świata. Pewnie i dzisiaj, w dobie potężnego zamętu w Kościele Katolickim, przydałaby się taka wielka postać!

Kobiety zaczęły szybko tracić swoje prawa wraz z nadejściem Renesansu, a kompletnie praw zostały pozbawione w czasie tak zwanego Oświecenia i epoce rządów burżuazji. Czy tak Was uczono w szkołach?

Podsumowując swoją książkę Regine Pernaud pisze, adresując najwyraźniej swoje uwagi do współczesnych kobiet: „Tymczasem świat, w którym dominowali mężczyźni, a takim było społeczeństwo w dobie klasycyzmu i społeczeństwo burżuazyjne, wydaje się nam mocno kontrowersyjnym i faktycznie takim był, Czyż nie jest paradoksem, że ze spuścizny, której bogactwo jest bezsporne, pragniemy zachować właśnie ów zapis najzgubniejszy: tendencje totalitarne, polegające na dążeniu do ujednolicenia wszystkich osobników, akceptujące równość w jednakowości? Czy kobiety na długo zadowolą się odgrywaniem, niejako z musu, roli niedoszłych mężczyzn – chyba, że nastąpiłaby jakaś wspaniała odmiana ludzkości, która też miałaby swój kres?”

Słowa te napisane zostały blisko 40 lat temu. Czy feministki znają historię? I czy potrafią wyciągać logiczne wnioski z doświadczeń przeszłości? Moim zdaniem na obydwa pytania odpowiedź brzmi – nie.

Gorąco polecam lekturę książki „Kobieta w czasach katedr”. Świat nie był taki, jak nas uczyli i jak dzisiaj mówią!

Pozytywne myślenie – pożyteczne czy szkodliwe?

Pozytywne myślenie

Chcesz byś szczęśliwy? To zacznij pozytywnie myśleć i wszystko się w twoim życiu zmieni. Wszystko jest dla ciebie możliwe i osiągniesz to, co sobie zamarzysz. Takie obietnice można znaleźć w setkach książek na księgarskich półkach. W książce „Obudź w sobie olbrzyma” Anthonego Robbinsa, jednego z najbardziej rozpoznawanych guru pozytywnego myślenia i rozwoju osobistego, obrazowo to pokazano na ilustracji w rozdziale drugim. W stadzie owiec jedna z nich stojąc na tylnych kończynach i wyciągając przednie do nieba krzyczy do stada:”Zaraz, zaraz! Słuchajcie! Przecież nie musimy być tylko owcami!”. Obietnice łatwego sukcesu kuszą wielu i coraz więcej osób zaczyna korzystać z recept ideologii „pozytywnego myślenia”. Doświadczeniom takich ludzi poświęcona jest książka Guentera Scheicha „Pozytywne myślenie. Czy może szkodzić.” wydana w roku 2000 przez Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne. Autor na co dzień pracuje jako psychoterapeuta i coraz częściej trafiają do niego z poważnymi problemami osoby, którym ideologia „pozytywnego myślenia” zaszkodziła. W książce autor odnosi się do wyników badań naukowych, ale opisuje też dokładnie siedem przypadków swoich pacjentów oraz podaje inne przykłady z bogatej praktyki. Scheich opisuje historie owiec, które uwierzyły, że nie muszą być owcami. I wtedy na swojej drodze spotkały wilka.

Jakie główne zastrzeżenia do ideologii „pozytywnego myślenia” wysuwa autor?
Pierwszy to myślenie magiczne.
Autor nie używa co prawda słowa magia, ale pisze o używaniu przez ideologów „pozytywnego myślenia” słów i sformułowań mających mieć moc sprawczą czyli tak jak zaklęcia w magii. „Jesteś takim, jak o sobie myślisz” to główna maksyma ideologów „pozytywnego myślenia”. Pomimo wątpliwej wartości tego sformułowania jest ono powszechnie propagowane. Scheich pisze , słusznie moim zdaniem, że samym myśleniem nic nie zmienimy – trzeba świadomie działać naprawiając przez ciężką pracę to, co w nas jest złe lub niewystarczająco dobre. Słusznie zauważa coś, co wydawało mi się zawsze oczywiste:” Wyobrażenia, które nie są ukierunkowane na cel, na osobowość i zdolności pojedynczej osoby, nie wywołają prawie żadnych skutków. W najlepszym wypadku pomogą, ale na krótko. Nigdy jednak nie zmienią człowieka i nie uczynią z niego innej osoby, jak chcieliby tego przedstawiciele „pozytywnego myślenia””. Czytając tego typu sformułowania zawsze mam problem ze zrozumieniem, co się stało, że tak oczywiste stwierdzenia muszą być przypominane?
Drugie zastrzeżenie to podejście propagatorów „pozytywnego myślenia” do ludzkich problemów i cierpień. Joseph Murphy, niezmiennie bardzo popularny w Polsce, twierdzi, że „choroba i cierpienie to nic innego, jak fizyczne objawy destruktywnych nawyków myślowych”. Wynika z tego, że jak zachorujesz na raka, masz wypadek samochodowy lub zmarł ktoś bliski to skutek twoich destruktywnych nawyków myślowych. Prawda, że to oczywiste?!
Trzecim słabym punktem jest twierdzenie proroków „pozytywnego myślenia”, że sukces to działanie wyłącznie naszych własnych sił. Jest chyba dla wszystkich oczywiste, że „bez pracy nie ma kołaczy”, jednak nieprzewidywalność czynników niezależnych od nas jest tak duża, że często pomimo naszych wysiłków nie osiągamy tego, co chcemy.
Oddzielny wątek w książce związany jest z weekendowymi spotkaniami, w Polsce zgodnie z modą nazywane eventami. Co pisze Scheich:” Pewne jest jedno: im większy „sukces dzięki pozytywnemu myśleniu”, „rozwoju osobowości” i „zmiany światopoglądu” obiecuje uczestnikom, tym bardziej niepoważne, z naukowego punktu widzenia, jest seminarium. Obiecanych celów z pewnością nie można osiągnąć podczas sporadycznych, organizowanych w czasie weekendu seminariów, dzięki samej tylko, niezindywidualizowanej pracy grupowej.” Na spotkania weekendowe przyjeżdża bardzo dużo ludzi. Przy całkiem wysokim poziomie opłat za jednego uczestnika jedno jest pewne – sukces finansowy ma organizator. Nie uczestnicy.

Krótko podsumowując przesłanie książki. Osobom, które mają z natury pozytywne nastawienie stosowanie recept zalecanych przez ideologów „pozytywnego myślenia” raczej nie zaszkodzi, ale też najczęściej niewiele pomoże. Stąd też nie mamy wysypu milionerów i „olbrzymów” wśród nas, pomimo ciągle wzrastającej liczby książek obiecujących sukces. Jednak z tego typu publikacji najczęściej korzystają ci, którzy mają jakiś problem ze sobą, często bardzo poważny. I  jak pisze Scheich :””Pozytywne myślenie” jest więc w takich wypadkach niewskazane i doprowadza do tego, czego wyraźnie chciałoby się uniknąć: pogłębienia depresji”. Dla mnie ciekawa jest zależność, nie przytaczana w książce, wprost proporcjonalnego wzrostu liczby osób chorujących na depresję do ilości publikacji o rozwoju osobistym i pozytywnym myśleniu. Podlane pseudonaukowym sosem recepty na szczęście wiodą prostą nogą na manowce. Coś złego się z ludźmi stało, że tak masowo ulegają złudzeniom i fałszywym ideom. Ale jak pisał G.K.Chesterton: „Kiedy człowiek przestaje wierzyć w Boga, może uwierzyć we wszystko”.